To się wydarzyło...Coś przyśniło...
Wpisy
Zaczęłam kolejny etap końskiej przygody. Nie lubię zmuszania, dlatego chcę zmusić zwierzęta do swobody :) Właśnie tak. Zmusić przełamując barierę, że one coś muszą. Pies już to pojął. Już wie, że chce a nie musi... chodzić ze mną, za mną i koło mnie, jak wierny pies:) Koń nie przebywa ze mną ciągle. Przebywa w swoim stałym środowisku, a ja przyjeżdżam w weekendy i rzadko w tygodniu, chociaż pracuję nad tym, żeby znaleźć czas ze dwa razy w tygodniu. Trudno jest w takiej sytuacji nawiązać więź. Wczoraj zrobiłam pierwszy krok. Otworzyłam boks i powiedziałam - Chodź. No i zareagowała, tak jak myślałam. Nie wyszła. Nie wiedziała co się dzieje. Zostawiłam to na razie i wyprowadziłam. Zaczęłam od tyłu. Po jeździe zdjęłam wszystko na padoku i grzecznie, noga w nogę wróciłyśmy do stajni. Do koryta zawsze jest łatwiej, od koryta trudniej, to takie ludzkie zachowanie...a może zwierzęce? Dzisiaj musiałam przyprowadzić konia z łąki. Wzięłam wsparcie, bo wiedziałm że mi się nie uda. Koń przy mnie dziczeje, w koncu nad tym pracuję.... Udało się ubrać kantar, zapiąć uwiąz i to by było na tyle. Kalina zaparła się kopytami w ziemi i ani myślała drgnąć. Zupełnie jak osioł. Nie pomogła marchewka, ani głaskanie, klepanie, ciągnięcie za pysk. Nic. Stała jak wryta i już. Próbowałam nawet podnieść jej ręcznie nogę i przestawić do przodu. Nic! Cóż...skoro nie chce, to przecież nie będę jej na siłę ciągnąć. Odpięłam uwiąz i puściłam wolno. Usiadłam sobie na łące i pstrykałam miliony zdjęć. Emma zachowywała sie jak pies pasterski i pilnowała, żeby żaden koń nie podszedł do mnie za blisko. Bo przecież boję się koni...coraz mniej już się boję ale z dystansem czuję się bezpiecznie. Pozwoliłam podejść tylko Kalinie, bo przyszła na chwilę, i tej rudej klaczy, która mi już wcześniej wpadła w oko...iiii moje, lubiące mizianie, rączki. Ciekawe, że to właśnie Ona przyszła sama i pozwoliła się głaskać. Ten koń jest od niedawna w stajni, i mało jeszcze znany. Przyjechała chora z cieknącymi gilami, które Jej próbowałam kiedyś wytrzeć i wymasować nozdrza. Nie bardzo pozwalała się dotykać, a nawet próbowała gryźć.
W końcu odpuściłam i uznałam, że muszę zejść z psem do cienia. Ruszyłam do wyjścia a ze mną, noga w nogę, ta ruda klacz. A jednak, to nie bajki, to potrafi działać. Przeszła ze mną przez całą łąkę. Pozwoliła się głaskać i przytulać. Stała ja wryta. Chciałam Ją wyprowadzić i pobiegać na padoku ale nie miała nawet kantaru, no i to jest czyjś prywatny koń. Koń, który nie zaznał czułości.... Chyba ją zaczaruję :)
Poza tym zaczynam rozluźniać swoje stare kości. Rozruszałam bioderka i poczułam przyjemność galopowania. Kalina w galopie płynie, to sama przyjemność na Niej galopować...no i nie pędzi jak szalona, co jest podstawą mojej odwagi.
Małymi kroczkami odbuduję, to co mi zginęło i zesztywniało po drodze...zwierzaki robią to samo. Budujemy sobie wspólne szczęście, bo szczęście jest tylko wtedy szczęściem, jak działa w obie strony....a ludzie patrzą i kręcą głowami :) bo mi to wychodzi? :)